Masz chwilkę czasu? Szukasz zajęcia? Może lekka lektura? Opowiadania o miłości wydadzą się idealne, przynajmniej dla mnie ;-) Romantyczne historie dwojga zakochanych bohaterów sprawią, że niejednej osobie pojawi się cień łzy na twarzy. Może akurat Ciebie zafascynują czyjeś losy do takiego stopnia, że zapragniesz poznać kolejne etapy życia swego bohatera, kto wie:)
Kiedy patrzę, jak śpisz
Moje drogie dziecko, wślizgnęłam się do twojego pokoju, by usiąść przy tobie, kiedy śpisz, i popatrzeć, jak twoje kruche ciałko wznosi się i opada w rytmicznym oddechu. Oczy masz ufnie przymknięte, a twoją anielską twarzyczkę otaczają miękkie, jasne loki. Chwilę temu, kiedy pracowałam w gabinecie, ogarnął mnie smutek, gdy wspominałam wydarzenia dzisiejszego dnia. Nie mogłam już dłużej skoncentrować się na pracy, toteż przyszłam, by porozmawiać z tobą w tej ciszy, kiedy tak sobie odpoczywasz.
Rano nazwałam cię guzdrałą, kiedy za bardzo się ociągałeś i zbyt wolno ubierałeś. Zbeształam cię za to, że znowu zapodziałeś gdzieś swoją kartkę na lunch, i sprzątnęłam śniadanie ze stołu z naburmuszoną miną, bo poplamiłeś sobie koszulkę. "Znowu?" - westchnęłam, ty zaś uśmiechnąłeś się do mnie niewinnie i powiedziałeś: "Cześć, mamo!"
Po południu wykonywałam telefony, a ty ustawiłeś swoje zabawki w równiutkie rzędy na łóżku, gestykulowałeś i śpiewałeś sobie. Wpadłam zezłoszczona do twojego pokoju i zagrzmiałam, byś przestał wreszcie hałasować. Potem spędziłam kolejną długą godzinę przy telefonie. "Zabieraj się do odrabiania pracy domowej", ryknęłam niczym jakiś sierżant, "i przestań marnować tyle czasu". "Dobra, mamo", odpowiedziałeś skruszony, siadając sztywno przy biurku z długopisem w ręku. Potem nie dochodziły już z twojego pokoju żadne odgłosy.
Wieczorem, kiedy ciągłe jeszcze pracowałam, podszedłeś do mnie z wahaniem. "Poczytasz mi dzisiaj, mamo?" -zapytałeś z nadzieją w głosie. "Nie dzisiaj", odpowiedziałam gwałtownie, "twój pokój to istne pobojowisko! Czy za każdym razem muszę ci o tym przypominać?" Z pochyloną głową, powłócząc nogami, odszedłeś do swojego pokoju. Za jakiś czas wróciłeś i zerknąłeś do gabinetu. "A teraz o co chodzi?" - zapytałam wzburzonym głosem.
Nie odpowiedziałeś ani słowem, tylko wkroczyłeś do pokoju, zarzuciłeś mi ramiona na szyję i pocałowałeś w policzek. "Dobranoc, mamo, kocham cię", wyszeptałeś, mocno się do mnie przytulając. Po chwili zniknąłeś tak szybko, jak się pojawiłeś.
Siedziałam potem ze wzrokiem utkwionym w swojej pracy i czułam, jak ogarniają mnie wyrzuty sumienia. W którym momencie zatraciłam rytm dnia i za jaką cenę?
Nic nie uczyniłeś, by wprawić mnie w taki nastrój. Byłeś tylko dzieckiem, zajętym procesem dorastania i uczenia się. Zagubiłam się dzisiaj w dorosłym świecie odpowiedzialności i obowiązków i zabrakło mi już sił, które powinnam ofiarować tobie. Dzisiaj stałeś się moim nauczycielem. Udzieliłeś mi cennej lekcji swoją niewyczerpaną chęcią, by podbiec i pocałować mnie na dobranoc, nawet po tak męczącym dniu chodzenia na palcach wokół moich humorów.
Teraz zaś, kiedy patrzę, jak śpisz, pragnę, by ten dzień zaczął się od nowa. Jutro potraktuję ciebie z takim zrozumieniem, jakie ty mi dziś okazałeś, abym mogła być prawdziwą mamą - rano przywitam cię ciepłym uśmiechem, po szkole zachęcę słowem otuchy, wieczorem utulę do snu ciekawą historyjką. Roześmieję się, kiedy ty będziesz się śmiał, zapłaczę, kiedy będziesz płakał. Jutro już nie zapomnę, że wciąż jesteś dzieckiem, a nie dorosłym, i będę cieszyła się tym, że jestem twoją mamą. Twój nieugięty duch ukoił mnie dziś, toteż przychodzę do ciebie o tej późnej porze, by ci podziękować, moje dziecko, mój nauczycielu i mój przyjacielu, za dar twojej miłości.
Jesteś zakochany czy kochasz
Przyszedł do mnie chłopiec i powiedział:
-Mam problem. Na ostatniej konferencji ksiądz użył słowa "zakochać się" i uparcie rozróżniał je ksiądz od sformułowania "pokochać", ale nie wyjaśniając w czym rzecz. Być może, że ksiądz omawiał to zagadnienie na którejś z wcześniejszych konferencji, na której nie byłem, ale dla mnie nie ma różnicy pomiędzy jednym a drugim.
Tak, jeżeli o tym mówiłem, to dlatego, że uważałem, że wszystko jest jasne. Jeżeli jednak nie jest, to spróbujmy to wyjaśnić. Zakochać się, to znaczy być olśnionym, zachwyconym. Pięknem zewnętrznym czy też wewnętrznym drugiego człowieka. Pozostawać pod jego urokiem. Bo go olśniła jej uroda, dziewczęcość, twarz, włosy, usta, sylwetka, takt, wdzięk, dobroć, mądrość, jej umiłowanie piękna. Bo ją ogarnął jego czar, chłopięcość, prostota, odwaga, zapał do życia, do działania, do twórczości, jego męska postawa, jego poglądy, sposób patrzenia na życie, jego zarys brody, piękne włosy, oczy. Bierność. O właśnie, może to słowo jest tu najbardziej potrzebne. "Tak chciałabym być w jego towarzystwie, tęsknię za nim, każda chwila bez niego zdaje się być stracona, marzę o tym, by znowu go spotkać. Chcę słyszeć jego głos, chcę wpatrywać się w każdy jego ruch, gest. Marzę o tym, by go dotknąć jak największej świętości. Pocałunek jest szczytem mych pragnień". To jest z reguły miłość nastolatków, która trwa dwa tygodnie, albo do wakacji, albo przez wakacje, i kończy się tak szybko jak się zaczęła, która przechodzi jak śnieg wiosenny. Nazywa się ją często "zieloną miłością" - i trafnie, bo ona jest jak niedojrzały owoc, który zanim dojrzeje, więdnie i spada. To jest miłość nastolatków do pana profesora, do pani profesorki, do aktorów, do śpiewaków, do jazzmanów, do kolegów i koleżanek klasowych. To jest typowe "chodzenie ze sobą". Chodzą i gadają. Bez końca. Gdyby można było przysłuchać się tej gadaninie. Bardzo często jest to monologowanie. Każdy mówi sobie, o sobie. Gdy kończy, zaczyna partner. A właściwie nie partner. Bo trudno mówić w takim wypadku o partnerstwie. Ale tu ani jednemu, ani drugiemu nie przyjdzie do głowy, że można by się na przykład razem uczyć, choć jednemu z nich nauka idzie trudno, że można by razem np. malować mieszkanie, bo akurat jedno ma takie zadanie przed sobą.
Zakochanie się ma ten charakterystyczny element bierności. Jeszcze w początkowej fazie nie jest to egoizmem, ale istnieje niebezpieczeństwo, że gdy tak zostanie, przerodzi się w egoizm. Tymczasem taki zachwyt, który jest podstawowym elementem miłości, powinien być jej pierwszym etapem. Człowiek od zakochania się powinien przejść do pokochania. To nie jeden krok, ale to przepaść, którą trzeba przekroczyć. Bo miłość to bycie do dyspozycji, to gotowość do tego, by służyć, pomóc, przydać się, zaopiekować się. To chęć, by być potrzebnym.
Pokochanie nie jest obce oczarowaniu. Wprost przeciwnie. Człowiek zachwycony drugim człowiekiem, pozostający pod jego urokiem, prawdziwie za nim tęskniący, szukający jego towarzystwa, podświadomie wyczuwa, że nie można poprzestać na patrzeniu, na słuchaniu, że nie może wszystko skończyć się na biernej postawie brania, czerpania, chłonięcia, ale trzeba wejść w życie człowieka, w którym się zakochało, zbliżyć się do niego, złączyć się z nim, być razem. Świetnym sposobem bycia razem jest wspólna praca. Bo to nie tylko uczestniczenie w tym, co ukochana osoba robi, ale to uczestniczenie w jej życiu, w jej osobowości. Bywa tak, że tylko jedna strona przechodzi z etapu zakochania się na etap pokochania i stąd wynikają dziwne sytuacje, bo partner, który do tego kolejnego etapu nie dorósł, nie bardzo wie, o co chodzi, traktuje usiłowania drugiej strony jako wtrącanie się, ingerencję w jego sprawy. Ale bywa, ze wreszcie zrozumie. Wtedy już będzie chciał, by wszystko było razem. Będzie się cieszył z każdej wspólnej pracy, z każdego wspólnego obcowania. Na tej linii leży małżeństwo. Właśnie, bo małżeństwo to nie tylko współżycie seksualne, to nie tylko dzieci, ale to właśnie przede wszystkim bycie razem również poprzez wspólną pracę, tę zwyczajną, domową, codzienną i jakąkolwiek, jaką tylko życie przyniesie. Jedną z form tego bycia razem jest współżycie seksualne. I cudownie, gdy się tak składa, że małżonkowie mają ten sam albo podobny zawód. Gdy mogą maksymalną ilość czasu spędzać ze sobą, gdy wciąż, bez przerwy prawie trwa to wzajemne współżycie, wzajemny dialog, wzajemne wpatrywanie się w siebie, wzajemne uzupełnianie się. A jeżeli tak nie składa się, to trzeba to uzupełnić, opowiadać sobie, jak dzień wyglądał, szukając potwierdzenia swoich decyzji, rozstrzygnięć, sądów, wyroków, opinii.
Ale, niestety, zdarza się, i to zdarza się częściej, niż sądzimy, że człowiek zatrzymuje się na zakochaniu się i taki właśnie - zupełnie nie przygotowany - wchodzi w małżeństwo. Bywa, że potrafią - już w czasie trwania małżeństwa - oboje, albo przynajmniej jedna strona, naprawić ten układ i doróść do prawdziwej miłości. Ale bywa - i tak jest częściej - że nie potrafią. I dochodzi do tragedii. Ona była nastawiona na branie jego piękna, czaru, uroku, na jego męskie gesty, na jego stanowcze posunięcia. Ona czekała na jego działanie, na twórczość, na jego pracę dla niej. Ona chciała jego pocałunków, czekała na noszenie na rękach. Do głowy jej nie przyszło, że to ona w tym jego zmaganiu się z rzeczywistością powinna uczestniczyć, że to ona ma stanąć przy nim ramię w ramię i walczyć o nowy kształt wspólnej rzeczywistości. Nawet, gdy przymuszona zacznie działać i pracować, to nie razem, ale samotnie - z ambicją albo chciwością, poświęceniem albo robieniem pieniędzy, z nienawiścią albo z chęcią pokazania, że ona też potrafi, ale nie na to, żeby się jednoczyć ze swoim mężem. Tego nie rozumie. Nie wie, o co chodzi. Dla niej słowo "miłość" co innego znaczy. Ona była zakochana. Teraz przestała kochać, bo się rozczarowała. Jest w małżeństwie, bo jest. Ale kochać nie umie: nie umie być razem.
Jakie jest życie codzienne, takie i współżycie seksualne. Nastawionej biernie na branie - żeby było dobrze - na otrzymywanie, w ogóle nie przyjdzie do głowy, by zastanawiać się nad tym, co czuje jej partner. Tak jak w życiu, tak i w tej sytuacji nie rozumie, ze powinna być razem, a na to trzeba odczuwać drugiego człowieka każdym nerwem. Że trzeba starać się, by on był szczęśliwy, że jest tylko "razem".
To samo, gdy chodzi o męża kochającego się w swojej żonie, żonie, która miała być ozdobą jego życia, bukietem w jego solidnie urządzonym mieszkaniu, a która na co dzień inaczej zaczęła wyglądać, inaczej zachowywać się niż w czasach narzeczeńskich. Wobec tego on przychodzi z pracy, kładzie się na leżance, rozkłada gazetę i nic go więcej nie obchodzi. Uważa, że jego męski obowiązek dla domu jest skończony. Ma podzielny zakres obowiązków na swoje i żony. Do tamtych nawet nie zagląda - uważałby, że to poniżej jego godności. Robi to, co do niego należy i znika. Ma swoich kumpli, do których obowiązkowo musi iść, ma swoje interesy i przez myśl mu nie przejdzie, że mogłoby być inaczej: że treścią życia powinno być właśnie bycie razem przy każdej nadarzającej się okazji, jakąkolwiek by była, choćby poprzez wspólną pracę domową. Ma dom i żonę, ale właśnie na zasadzie "mieć" a nie "być". Ma żonę tak jak ma samochód, ale naprawdę to jest starym kawalerem. Nawet się tym szczyci, że, mimo iż jest żonaty, pozostał wolny.
Jak się nauczyć miłości. Gdzie się nauczyć miłości. Najprościej w domu. Przy rodzicach. Patrząc na rodziców. Jeżeli oni są w tym względzie przykładem. Gdy dziecko widzi, jak rodzice razem pracują, jak sobie wzajemnie pomagają, jak cieszą się sobą będąc razem, dzieląc się swoimi osiągnięciami, satysfakcjami, strapieniami, szukając u siebie pomocy, zrozumienia, zwierzając się sobie ze swoich kłopotów, będąc razem w pełni szczęśliwi.
A gdy w twoim domu jest źle? Powiem ci: na złych przykładach też się można uczyć - na zasadzie negacji. Kiedy stwierdzasz, że w twoim małżeństwie będzie przeciwnie.
Ks. M.Maliński - "Zanim powiesz kocham"
Mody w miłości
Miłość niejedno ma imię: u każdego człowieka przebiega inaczej. U każdego człowieka oznacza ona co innego. Dzieje się tak również dlatego, że człowiek jest istotą bardzo niedoskonałą.
Na to, aby tę sprawę wyjaśnić, podzielmy sferę przeżyć człowieka na trzy płaszczyzny: na płaszczyznę duchową - czyli racjonalno-wolitywną, po drugie uczuciową i po trzecie - zmysłową, która tutaj będzie się identyfikować z grupą doznań erotycznych czy seksualnych. W klasycznym wypadku słowo "miłość" oznacza przeżycie ogarniające równomiernie wszystkie te trzy sfery. Ale tych klasycznych wypadków jest niewiele. Na ogół miłość rozwija się w ludziach nieharmonijnie. I często kończy się katastrofą, tragedią albo przynajmniej nieszczęściem.
Bo bywa, że wybucha w człowieku przeżycie erotyczne, eliminując, przygłuszając, nie dopuszczając do głosu pozostałych dwóch sfer. Człowiek cały jest wpatrzony w tego, który go podnieca pod względem erotycznym. On objawia mu się jako idealny partner, by mu dostarczyć maksimum przyjemności zmysłowych - stąd to pożądanie - chce się z nim jak najprędzej złączyć, posiąść go. Nic go więcej nie obchodzi, nic więcej nie jest ważne, nie liczy się. Cały świat wiruje przed oczami, wyobraźnia dostarcza karkołomnych kolorowych obrazów, angażując człowieka totalnie. Wszystkie myśli, wszystkie działania na tym są skoncentrowane, by dojść do celu swoich pożądań. Zupełne szaleństwo albo jeszcze dokładniej: opętanie. Bo opętanie to zawsze jakaś jednostronność, jakieś zafałszowanie rzeczywistości. Aż dojdzie do spełnienia pragnień. I faktycznie może się tak zdarzyć, że kontakt z takim obiektem pożądania dostarczy wymarzonych przyjemności erotycznych. Aż dojdzie do jakiegoś nasycenia, wyrównania, uspokojenia. I wtedy ma szanse obiektywna ocena swojego partnera. I może się okazać, że ten, który był obiektem pożądania, szaleństwa, upojenia, rozkoszy jest po prostu nie do wytrzymania, że z nim nie da się żyć, że jest beznadziejnie głupi albo obrzydliwie egoistyczny, że w życiu na co dzień ma zachowania się nie do przyjęcia, że denerwuje każdym słowem, poruszeniem, całym sposobem bycia. Że w gruncie rzeczy nigdy go nie kochałeś, bo nie byłoby co kochać. A wszystko to, co między wami było dotąd, nie było żadną miłością, a tylko żądzą. Że w końcu jak można było być takim idiotą, żeby tego wszystkiego nie widzieć. Jak można było się łączyć z kimś tak niemożliwym.
Może być zupełnie przeciwnie. Może być dwoje ludzi, którzy się znakomicie rozumieją w sferze intelektualnej. Obydwoje bardzo inteligentni, obydwoje stwierdzają pokrewieństwo duchowe. Mają podobne zainteresowania. I faktycznie bez końca rozmawiają na tematy ich interesujące. To mogą być matematycy, fizycy, geografowie czy botanicy, turyści, krajoznawcy, samochodziarze. Uważają to za specjalne zrządzenie losu, że spotkały się ich drogi, chodzą razem w góry czy badają skały. To mogą być społecznicy, politycy, zaangażowani oboje w tę robotę, poświęcający tym sprawom wszystkie swoje siły. I stwierdzają jako rzecz najbardziej oczywistą - małżeństwo. I bywa, że dochodzi do tragedii, bo okazuje się, że ci ludzie zupełnie sobie nie odpowiadają np. pod względem seksualnym. Że pod tym względem nic do siebie nie czują. Dwie kłody zimnego drewna. Rozpacz.
Może być wreszcie trzecia ewentualność: miłość uczuciowa. Wtedy człowiek jest zafascynowany urokiem drugiego człowieka, jego pięknem, jego sposobem obcowania z ludźmi - wszystko w nim jest takie ładne. Ma takie piękne oczy i tak potrafi głęboko patrzeć w człowieka aż się świat kręci przed oczami. Ma takie piękne usta i włosy mu się tak naturalnie układają. Ma taki miły timbre głosu. Gdy on tylko zaczyna mówić, ładny się staje cały świat. Ładny jest cały świat, nawet, gdy nie mówi, a tylko w nim się pokaże. Jest samą poezją, melodią. Z tym człowiekiem najlepiej jest chodzić do teatru, do kina, na koncert, do kabaretu, tańczyć. W jego towarzystwie można by spędzać całe dnie. Zauroczenie, zafascynowanie, które eliminuje tamte dwie inne sfery życia. I bywa, że dochodzi na tej fali do małżeństwa. Ale wtedy najczęściej współżycie seksualne jest odebrane jako akt brutalności i barbarzyństwa, który burzy tamten wyśniony obraz spędzania życia na łące, wśród kwiatków, nad potoczkiem. Życie codzienne jest z kolei katorgą i mordęgą niegodną normalnego człowieka. Gdy już jednak nie ma innego wyjścia, pozostaje życie w smutku i rozpaczy, w rozczarowaniu i żalu do tego człowieka, który tylko wtedy był cudowny, a dziś jest brutal i groszorób. Tęsknota za tamtymi latami, które już nigdy nie wrócą, bo i wrócić nie mogą.
Gdy już stwierdziliśmy ten fakt niedoskonałości człowieka i jego nieharmonijnego przeżywania miłości, powiedzmy jeszcze coś więcej: zwróć uwagę na to, że każdy z tych trzech wymienionych typów miał swój czas - był w pewnym okresie modny w kulturze świata. Był czas romantyków, był czas erotyki, był czas intelektualistycznych kochanków. Piszę "był", jakby to był czas przeszły dokonany. Nie, to jest ciągła fluktuacja. Pojawia się jedna fala, trwa jakiś czas i ustępuje miejsca następnej.
Na koniec jeszcze i to jest do zauważenia, że istnieje pewna osobliwość - osobliwość tak: chłopcy w okresie dojrzewania są najbardziej podatni na zmysłowe traktowanie dziewcząt; dziewczęta w okresie dojrzewania angażują się uczuciowo. Intelektualne związki z partnerem to najczęściej sprawa lat późniejszych.
To wszystko, co miałem do powiedzenia na temat tego zjawiska. A teraz trzeba by podać środki zaradcze. Z nimi najtrudniej. Odwoływać się u człowieka opętanego do rozsądku to sprawa prawie beznadziejna. Za czasów Pana Jezusa opętani mieli dobrze, bo po prostu ratował ich Pan Jezus. Ale do dzisiejszego dnia ten sposób jest jedynym sposobem. Po prostu ratunek musi nieść drugi człowiek. Człowiek mądry, człowiek dobry, człowiek - przyjaciel. Najprościej, gdyby to byli rodzice. Ale po pierwsze przeważnie oni dowiadują się o wszystkim na końcu, a już nigdy od swoich dzieci. A po drugie są małe szanse, żeby ich rady, prośby czy groźby poskutkowały. A więc przyjaciele i przyjaciółki. Jak widzisz takiego opętanego, postaraj się go uratować. Pogadaj, wytłumacz. Czasem trzeba nawet do takiej operacji wiadra z wodą. A i tak nie jest pewne, ze to wszystko pomoże. Ale zabiegać trzeba, bo szkoda każdego człowieka, nawet gdy zgłupieje.
A jak ciebie samego najdzie? Właśnie. Przecież po to piszę przede wszystkim. Żebyś wiedział, że ciebie też to może spotkać, że zwariujesz na punkcie jakiejś dziewczyny. To o jedno cię proszę. Spróbuj sprawdzić - jeżeli cię na to tylko będzie stać - czy zauroczyła cię we wszystkich płaszczyznach, czy nie dałeś się opętać jedną sferą jej osobowości. Ba, sprawdzić. Ale jak sprawdzić, jeżeli - jak ksiądz sam mówi - mogę być opętany. Rada jest jeszcze jedna. Nie spiesz się. Nie decyduj się zbyt szybko na nic, na żadne ostateczne kroki. Nie mów słowa, nie obiecuj zbyt szybko. Czas daje ci szanse, że wyrównają się wszystkie wynaturzenia i anomalie. Zaczniesz patrzeć na całego ukochanego człowieka, a nie tylko na jego kawałek. Powinny ci się ukazać wszystkie braki, niedoskonałości, cały niedostatek twojego partnera - jeżeli taki faktycznie istnieje. Czas jest zawsze tym egzaminatorem, przed którym nie ostoi się żadna złuda, zaślepienie.
Ks. M.Maliński - "Zanim powiesz kocham"
Spotkanie z Miłością
Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą. Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas. Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu. Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy.
Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga. W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni. Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną". Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły.
Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią. Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści. "I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.
Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł. W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem. Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała. Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy. Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.
Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię. Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować. Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne). Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego. Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".
Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło. Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli. W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.
Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała. Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza. Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów. Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.
Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach. I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.
Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym. Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.
Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.
- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad? Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.
- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza. Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy. Powiedziała, że był to rodzaj próby.
S.I. Kishor
Najmilsza walentynka
Przeżyłem tylko jeden Dzień Świętego Walentego wart przypomnienia. Byłem wtedy w czwartej klasie. Miała na imię Lori. Żadne późniejsze walentynki nie mogą się równać z tamtymi. Obraz Lori na zawsze pozostał w mojej pamięci. W okolicy jednych z ostatnich walentynek poczułem nagle, że muszę ją odnaleźć.
Rok 1972. Południowa Kalifornia. Od dwóch lat kochałem się w Lori - anielskiej istocie z przeciwka. Codziennie szliśmy razem z przystanku autobusowego do domu. To były najszczęśliwsze chwile mojego młodego życia. Sytuacja nie była prosta. Po pierwsze, tak się złożyło, że Ted, starszy brat Lori, był moim najlepszym przyjacielem. Po drugie, w obecności Lori czułem się dziwnie onieśmielony. Wśród kolegów zawsze brylowałem. Przy niej odejmowało mi mowę. Chociaż Lori zawsze była dla mnie miła, miałem wrażenie, że jej serce nie bije dla mnie równie mocno jak moje dla niej.
I oto nadszedł tamten pamiętny Dzień Świętego Walentego. W szkole rozdawaliśmy sobie kupione na tę okazję kartki. Ja dostałem zwyczajną, z napisem "Bądź mój!", podpisaną przez Lori i resztę klasy. Jednak w drodze z przystanku Lori powiedziała:
- Mam coś dla ciebie.
Aż mnie zamurowało. Wyjęła z tornistra dużą czerwoną kopertę, wcisnęła mi do ręki i puściła się pędem do domu. Kiedy tylko znalazłem się w swoim pokoju, ostrożnie otworzyłem kopertę. W środku była najpiękniejsza na świecie ręcznie robiona kartka z czerwonego kartonu, ozdobiona białą wycinanką, błyszczącymi gwiazdkami i najróżniejszymi serduszkami. Wewnątrz Lori wypisała "Kocham Cię". Staranne pochyłe litery z białego kleju pokryte były brokatem. Przeczytałem kartkę ze 30, 40 razy. Wreszcie ukryłem ją pod skarpetkami w szafie. Pewnie teraz moglibyśmy być z Lori małżeństwem, gdyby na naszej drodze nie stanął mój starszy brat, Mike. Tamtego wieczoru, grzebiąc w moich rzeczach, natknął się na kopertę. Mike był w szóstej klasie. Zachował się okrutnie, jak przystało na starszego brata. Pokazał kartkę od Lori Tedowi i innym chłopakom z sąsiedztwa. Ten rozgłos głęboko zranił Lori i mnie, niszcząc szansę budzącej się miłości.
Potem mój ojciec oznajmił, że się przeprowadzamy. I to aż na Alaskę. Dla mnie oznaczało to prawdziwe zesłanie, daleko od ciepłego uśmiechu Lori. Podsunąłem rodzicom myśl, że zostanę i zamieszkam w domu dziecka. Ale nie miałem wtedy wiele do gadania. W szkole nasza wychowawczyni zorganizowała przyjęcie pożegnalne. A ja tylko wpatrywałem się w Lori, która, po raz pierwszy od tamtych walentynek, też patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami pełnymi łez. W autobusie usiadła koło mnie i przez całą drogę trzymała mnie mocno za rękę. Kiedy znaleźliśmy się przed moim domem, próbowałem znaleźć słowa, żeby wyrazić straszny ból rozdzierający mi serce.
- No to... cześć! - wyjąkałem wreszcie.
Lori pocałowała mnie w policzek i popędziła na drugą stronę ulicy. Tak po prostu. I już jej nie było.
Nieraz przychodziło mi do głowy, że poszukiwania ukochanej z czwartej klasy świadczą o nie całkiem zdrowych zmysłach. Ale wierzyłem, że taka miłość nie mija bez śladu, że zawsze pozostaje jakiś sentyment. Byłem gotów jechać za nią, gdziekolwiek rzucił ją los, i... kto wie?
Telefony do szkoły i dawnych znajomych nie dały skutku. Wtedy pewien prawnik polecił mi firmę, która zajmuje się szukaniem zaginionych osób. W godzinę po moim telefonie dostałem adres Lori.
Do tamtej pory moje dążenie było czystą fantazją, ale teraz miałem w ręku przerażająco konkretną informację. Czy rzeczywiście tego chcę? Czy warto ryzykować najświętsze wspomnienia, żeby się tylko rozczarować? Ale wydawało mi się, że głupio jest teraz zatrzymać się, kiedy byłem już tak blisko Lori.
Droga Lori - zacząłem swój list - mam nadzieję, że mnie nie zapomniałaś. Cały dzień spędziłem na pisaniu. Poszedłem na pocztę i wysłałem ekspres. Następnego dnia wieczorem zadzwonił telefon.
- Oczywiście, pamiętam cię - powiedział głos.
- Lori?
- Miałeś psa, który nazywał się Walter?
- Tak.
- Codziennie chodziłeś do szkoły w kurtce drużyny Oakland Raiders, nawet w upał?
- Tak.
- Stłukłeś jakiegoś dzieciaka na przystanku, bo się ze mnie śmiał, kiedy miałam ospę?
- Lori.
- Witaj nieznajomy.
Rozmawialiśmy godzinę i pośmialiśmy się zdrowo z tego, jakim utrapieniem dla nas byli nasi bracia. W czasie rozmowy napomknęła coś o pracy, mężu i dwóch synach. Ja też streściłem swoje osiągnięcia życiowe. Wydawało mi się, że szczerze się zaciekawiła. Zgodziła się na spotkanie w restauracji w przyszłym tygodniu.
- Pan nazywa się Thompson? - zapytał kelner.
Skinąłem głową.
- Wiadomość od Lori. Bardzo przeprasza, ale spóźni się godzinę.
To było niby odroczenie. Przez cały dzień żołądek ściskał mi się z nerwów. Może dobrze zrobi mi chwila, żeby się pozbierać. Poszedłem na krótki spacer. Myślałem o setkach możliwych powodów spóźnienia Lori. Musiała zostać w pracy. Nie mogła znaleźć opiekunki do dzieci. Miała awanturę z mężem, zazdrosnym narwańcem, który grozi, że mnie dopadnie. I wtedy doznałem olśnienia - nie muszę przez to przechodzić, żeby za wszelką cenę dowiedzieć się, jakby to mogło być. Wiedziałem o Lori wszystko, co trzeba. Któż chciałby odkryć, że po 20 latach uczucia wyblakły i nic nie przyda im blasku? Może i takie jest życie, ale romanse czwartoklasistów są inne. Niedaleko restauracji znalazłem sklep papierniczy. Kupiłem papier, koperty, biały klej i brokat. Przysiadłem na ławce i napisałem:
Lori,
jestem pewien, że spędzilibyśmy dziś cudowny wieczór, ale tak naprawdę chciałem tylko podziękować Ci za walentynkową kartkę, którą dałaś mi dawno temu. Może sądzisz, że to było bez znaczenia, ale właśnie takie podarunki niosą w sobie cały urok świata. Dlatego nigdy Cię nie zapomnę - Twój Chuck.
Napisałem klejem na dużej czerwonej kopercie imię Lori, obsypałem obficie brokatem i poczekałem aż wyschnie. Wróciłem do restauracji, przypieczętowałem kopertę najbardziej niewinnym pocałunkiem, na jaki mnie było stać, położyłem kartę na stole i wyszedłem.